Netting to sposób liczenia Twojej pozycji tak, jakby giełda patrzyła tylko na „sumę końcową”, a nie na wszystkie osobne ruchy. To jak na zakupach: wrzucasz do koszyka kilka rzeczy, potem część odkładasz na półkę, a na koniec przy kasie liczy się to, co zostało w koszyku, a nie cała historia Twoich decyzji. W tradingu oznacza to, że na danym aktywie widzisz jedną pozycję „na czysto” (netto), która jest wynikiem tego, ile łącznie kupiłeś i sprzedałeś.

 

W mojej opinii netting to pójście na łatwiznę, które odbiera nam kontrolę. Wyobraź sobie, że handlujesz jabłkami: najpierw „kupujesz” 10 jabłek (to jak pozycja long), a potem „sprzedajesz” 6 jabłek (to jak pozycja short albo redukcja). W nettingu system nie trzyma Ci dwóch osobnych woreczków „kupiłem” i „sprzedałem” — tylko liczy: 10 kupione minus 6 sprzedane = zostaje 4 jabłka. Czyli zamiast dwóch oddzielnych pozycji masz jedną, mniejszą pozycję netto. Jeśli potem sprzedasz kolejne 10, to nie będziesz mieć „long 10 i short 10”, tylko wyjdzie, że jesteś „na minus 6” (netto short), bo wszystko się wzajemnie znosi i zamienia w jedną liczbę.

 

Przeciwieństwem jest hedging (tryb Hedge). Działa jak posiadanie dwóch oddzielnych koszyków: jeden na zakupy na dziś (pozycja bazowa), a drugi „na wszelki wypadek” (zabezpieczenie). Możesz mieć jednocześnie long i short na tym samym aktywie i sterować nimi osobno: inne stop lossy, inne cele, inne powody wejścia. Netting natomiast wrzuca wszystko do jednego garnka: miesza ruchy, uśrednia obraz i często utrudnia precyzyjne zabezpieczenie, bo zamiast dwóch narzędzi dostajesz jedno „zmiksowane”. Dlatego jako zwolennik hedgingu wolę rozdzielać rzeczy, a nie je spłaszczać — bo łatwiej wtedy kontrolować ryzyko i trzymać się planu.

A wy co wolicie? Prostotę nettingu czy większą kontrolę nad likwidacją?